Kamerdyner

Fragment plakatu do filmu Kamerdyner

Jeden z najbardziej ambitnych filmów polskich ostatnich lat spod ręki starego mistrza. Zapierający dech w piersiach fragment dramatycznej historii naszego kraju opowiedziany zręcznie i w pięknym stylu.

Przedwiośnie, Śluby panieńskie, Panie Dulskie – takie filmy kręcił ostatnio Filip Bajon. Ekranizacje szkolnych lektur, bo przecież zarabiać też jakoś trzeba. Na szczęście Kamerdyner to nie kolejne wypracowanie, choć dobrze by było, żeby wybrała się na niego szeroka publika. Jest to rozgrywająca się na przestrzeni czterdziestu lat historia Polaków, Kaszubów i Niemców zamieszkujących ziemie pomorskie. I choć centrum historii mają być losy pewnego kamerdynera i jego kochanki, o wiele bardziej interesujące jest to, co dzieje się w tle tego romansu.

fot-marcinmakowski-1000x524
Kadr z filmu Kamerdyner, fot. Marcin Makowski

Mateusz (Sebastian Fabijański) przyszedł na świat w 1900 roku. Jego matka, kaszubska chłopka, umiera podczas porodu. Chłopiec jest najpewniej jednym z bękartów pruskiego arystokraty, Hermanna von Krausse (Adam Woronowicz), który wykorzystał niejedną kobietę. Osieroconego chłopca przygarnia jego żona, Gerda (Anna Radwan), wychowując go razem z dwójką swoich dzieci – Maritą (Marianna Zydek) i Kurtem (Marcel Sabat). Choć Mateusz spędza czas w pałacu, to jego chłopskie pochodzenie, bycie bękartem i kaszubskie korzenie nie dają mu tych samych przywilejów, co reszcie dzieci Kraussów. Marita i Kurt studiują w Berlinie, Matti tylko w lokalnych szkołach. Opiekuje się nim Bazyli Miotke (Janusz Gajos), kaszubski patriota szanowany wśród lokalnej społeczności. Koniec Wielkiej wojny przynosi powrót na mapę państwa polskiego, rozdarte ziemie, które należały latami do Niemiec, oraz niepewny los Kaszubów. Między trzema społecznościami rosną animozje i pojawiają się coraz większe tarcia. Oliwy do ognia dolewa rodzący się romans między Maritą i Mateuszem. Nikt nie powiedział im, że mają tego samego ojca.

fot-rafalpijanski-1000x525
Kadr z filmu Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Kamerdyner jest filmem gęstym od postaci, żongluje kilkoma wątkami, ale nigdy nie tracimy z pola widzenia najważniejszej historii: dramatu Kaszubów. Jest to pierwszy film zrobionym na tą skalę, gdzie aktorzy mówią językiem (albo gwarą czy dialektem) kaszubskim. Zamieszkująca Pomorze Zachodnie ludność zawsze egzystowała na granicy różnych państw i wpływów. Lata powojenne przyniosły nadzieję na uznanie tej grupy etnograficznej jako naród, ale starania te spełzły na niczym. W filmie Bajona Miotke udaje się na rozmowy do Wersalu, gdzie spotka się z Paderewskim i Lloydem (premierem Wielkiej Brytanii). Z historii wiemy, że ziemie pomorskie podzielono pomiędzy Polskę i Niemcy. Jest to historia jakże podobna do mojego rodzinnego Śląska, którego mieszkańcy przez długi czas nie uważali się ani za Niemców, ani za Polaków. W przededniu II wojny światowej owa przynależność okazywała się kluczowa, gdy dochodziło do opowiadania się za którąś ze stron. Dla jednych zbyt niemieccy, dla drugich – zbyt polscy. Tragedia tej ludności ukazana została w filmie znakomicie.

Kadr z filmu Kamerdyner, fot. Rafał Pijański
Kadr z filmu Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Kolejna rzecz, która wyszła Bajonowi naprawdę dobrze, to epickość. Trwający dwie i pół godziny film opowiada o ponad czterech dekadach życia kilku rodzin. Wszystko jest tu na wysokim poziomie. Zdjęcia i ruchy kamery (Łukasz Gutt), która w wielu fragmentach pięknie pływa przed pomieszczenia pałacu Kraussów lub nad ziemiami ich posiadłości. Kolory są soczyste, ale paleta barw zaczyna nabierać brunatnych odcieni im bardziej zbliżamy się do tragicznego końca. Muzyka Antoniego Łazarkiewicza doskonale punktuje kolejne zwroty akcji oraz nastroje. Kamerdyner przywodzi na myśl Zmierzch bogów Luchino Viscontiego. Nie tylko przez to, że opowiada o podobnym okresie, ale również o końcu pewnej epoki. Dekadenckie nastroje wzmagają się wraz z trwaniem filmu. Drobne utarczki przeradzają się w coraz bardziej brutalne starcia różnych grup. Pojawienie się SS i dojście Hitlera do władzy to prawdziwy punkt zwrotny. Lokalny nauczyciel muzyki (Łukasz Simlat) zamienia garnitur na mundur. Swastyki obecne są coraz mocniej. Wojna wisi w powietrzu.

Kadr z filmu Kamerdyner, fot. Rafał Pijański
Kadr z filmu Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Jest w filmie Bajona kilka fascynujących postaci i cała reszta dość przeciętnych. To największa słabość Kamerdynera. Główny romans jest praktycznie do odstrzału. Fakt, jest tu dramat, w pokrewieństwie Mateusza i Marity, choć nikt im o tym nie powie. Oraz różnice klasowe, bo on jest chłopem, a ona arystokratką. Ale tej osobistej tragedii nigdy nie czuć, nie jest ona odpowiednio wygrana. Głównie dzięki „umiejętnościom” aktorskim Fabijańskiego – no cóż, szkoła Vegi nie poszła na marne. Jego rzemiosło to zbolała twarz skrzywdzonego psa. Na szczęście niezawodny Gajos, świetni Radwan, Olbrychski, Orzechowski, Szyc, Woronowicz i Simlat ratują nie do końca przekonująco skonstruowane postacie. Wiele przemian musimy sobie dopisać sami. A aktorzy swoją charyzmą maskują coś, czego brakuje w scenariuszu.

Kamerdyner jest filmem udanym, ale nie do końca spełnionym. Przy doskonałych walorach produkcyjnych oraz fascynującej historii w tle, rysunek postaci oraz niektórzy aktorzy zaniżają końcowy werdykt.

Ocena: 7/10

Kamerdyner

reż. Filip Bajon

Polska 2018

Film w kinach od 21 września 2018 roku.

Zwiastun:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: