Player One

ready-player-one

Ready Player One

reż. Steven Spielberg (USA 2018)

UWAGA! Recenzja może zawierać spoilery dotyczące fabuły filmu!

Po obejrzeniu najnowszej produkcji twórcy ET i przygód Indiany Jones’a miałem ochotę na dosłowny Powrót to przyszłości. Chciałem powrócić do rozświetlonej neonami rzeczywistości lat 80., jeszcze raz zobaczyć Tron i Lśnienie czy Stalowego Giganta, zagrać w kultową grę na Atari czy postrzelać się z kolegami w Halo. To efekt ponad dwugodzinnego zanurzenia w Player One, który jest soczystą, wizualną ucztą, pełną cytatów i odwołań, dopieszczonym w każdym szczególe obrazem. Tak, Papa Spielberg kolejny raz w swoje karierze pokazuje, jak mocno kocha kino. Niestety, za tą oszałamiającą formą kryje się banalna w swoim przekazie treść i scenariusz, który w najgorszych momentach przypomina prostą platformówkę. Grasz, bo się dobrze bawisz, a nie dlatego, że wciągnęła cię fabuła.

Wzorując się na książkowych pierwowzorze autorstwa Ernesta Cline’a (z pewnymi zmianami – sorry fani Rush) przenosimy się niemal trzy dekady w przyszłość do Columbus w Ohio. W roku 2045 ludzkość przestała interesować się realnym światem, który bardziej przypomina zapuszczone złomowisko, trawione przez kryzys ekonomiczny, przeludnienie i globalne ocieplenie, niż planetę, którą znamy dziś. Mieszkańcy Ziemi są na powolnym etapie przechodzenia do Matrixa – większość czasu spędzają w wirtualnym świecie OASIS, stworzonym przez geniusza Jamesa Hallidaya (Mark Rylance). OASIS jest swoistą utopią, w której każdy może być kim chce – nieważna jest płeć, kolor skóry, wygląd. Zamiast przeklinać swój los, mieszkając w poukładanych w stosy przyczepach kempingowych, łatwiej przecież budować kolejny świat w Minecraft, walczyć w kosmicznej bitwie albo serfować na Wielkiej Rafie. Jest to wirtualny świat, w którym znajdują się setki różnych rzeczywistości, a jedynym ograniczeniem są pieniądze. Ludzie spędzają czas i prawdziwą kasę na wirtualne gadżety, które pomagają ich postaciom wygrywać pojedynki czy lepiej wyglądać. Dystopiczna wizja przyszłości wzorowana jest na współczesnych światach gier komputerowych połączonych z interakcją online – OASIS jest pełnym, wielowymiarowym symulakrum, które dostępne jest dla każdego.

iz1cyif42ysprh678h7p

Halliday, który przypomina po trochu Steva Jobsa, a trochę Willy’ego Wonkę, w momencie śmierci ogłosił światu, że w stworzonym przez niego świecie znajdują się trzy easter eggi, ukryte klucze, których odkrywca przejmie władanie nad OASIS oraz posiądzie ogromne bogactwa. W ten sposób poznajemy jednego z „gunterów”, czyli łowców owych wskazówek – Wade’a Wattsa (Tye Sheridan, Cyclops z filmu X-Men: Apocalypse), który wraz z grupą przyjaciół stara się rozwiązać pierwsze zadanie – wygrać arcytrudny wyścig samochodowy (mieszanka NFS, GTA i Asphalt z udziałem… King Konga i T-Rexa). Z pomocą przyjdą mu nie pieniądze i siła, ale spryt i wiedza. Wade notorycznie odwiedza muzeum twórcy OASIS, oglądając kolejne scenki z życia Hallidaya. W nich znajdują się tropy, które pozwolą mu znaleźć drogę do rozwiązania kolejnych zadań.

Historia w Player One jest typowym pojedynkiem Dawida z Goliatem. Nastolatek jest sierotą, mieszka z ciotką uwikłaną w toksyczny związek, a jego domem gry jest wrak jakiegoś vana na pogorzelisku pełnym śmieci i zniszczonych samochodów. Wade i jemu podobni fanatycy gry (Aech, Daito, Shoto i poznana w czasie pierwszego wyścigu Art3mis – Olivia Cooke) mierzą się z graczami zatrudnianymi przez korporację Nolana Sorrento (Ben Mendelsohn) – Innovative Online Industries, zwaną w skrócie IOI. Ci mają po swojej stronie prawie nieskończone zasoby i kapitał, który pozwala im używać najlepszych gadżetów. Firma ta ma na celu przejęcie OASIS, a Sorrento chce stać się najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Nietrudno domyśleć się, komu mamy kibicować – okropnej, paskudnie bogatej firmie, traktującej zadłużonych ludzi jak niewolników, z oślizłym typem u sterów, czy piątce sympatycznych, idealistycznych, młodych geeków, motywowanych uwielbieniem dla twórcy wirtualnej rzeczywistości, chcący zachować jego spuściznę. U Spielberga zawsze podziały na dobrzy-źli były bardzo wyraźne, ale nie brakowało tam odcieni szarości – tutaj owa prostota obnaża brak głębi scenariuszowej i dość wątłą nić emocjonalną z bohaterami.

readyplayeronetrailerstill-ioi

Player One każe nam kupić postacie takie, jakie są – od samego początku wiemy, że to oni stoją na straży sprawiedliwości. Ich sympatie z wirtualnego świata przekładają się na te w rzeczywistości – bo tam również przyjdzie im się spotkać (z kilkoma niespodziankami, kto jest kim w prawdziwym świecie). Nie wiadomo jednak dlaczego pewne wydarzenia nie wpływają inaczej na postaci: tu, uwaga, spoiler – śmierć opiekunki Wade’a nie wywołuje w nim żadnych emocji. Ważniejsza jest pogoń za kluczami, kolejna szaleńcza walka.

Droga bohaterów wydaje się równie ukartowana, co kolejne etapy gry komputerowej. W pewnym momencie ta wyczuwalna „niewidzialna ręka” każe nam przestać przejmować się losami. protagonistów. Odkrywamy tym samym główne zamierzenie tego filmu – jest nim przede wszystkim wizualna celebracja popkultury lat 80. i 90. (z małymi nawiązaniami do lat 70.), oszałamiająca ilością cytatów, żartów i gagów, których rozpracowanie i rozgryzienie może zająć fanom długie godziny. Jak inaczej tłumaczyć wszystko wyjaśniające dialogi i narrację zza kadru, brak większej głębi oraz notoryczne uciekanie do cyfrowej rzeczywistości, kiedy w sypiącym się świecie bohaterów jest tyle nurtujących pytań i zdaje się on być o wiele ciekawszy, niż by się mogło wydawać. Twórcy odwracają naszą uwagę od pytań w stylu „jak chłopcy z Chin i Japonii dostali się do USA?” na rzecz kolejnej akcji: „uciekajcie przez goniącą was psychopatką!”.

readyplayerone_promo_758_426_81_s_c1

Szkoda kilku rzeczy. Zarysowana relacja mistrz-uczeń albo ojciec-syn nigdy nie zostaje doprowadzona do satysfakcjonującego końca. Zamiast tego jak Filip z Konopii wyskakuje Simon Pegg jako Orgen Morrow, współpracownik Hallidaya, jako dobry wujek. Wątek miłosny – co najmniej wątpliwy, choć oboje młodych aktorów ma naprawdę duży potencjał. Wycięto ciekawe odniesienie do postaci Aecha – w książce awatar był białym mężczyzną – zrozumiecie, gdy zobaczycie, kim jest realna postać w filmie. Ben Mendelsohn potrafi grać wielowymiarowe czarne charaktery, ale jego postaci tutaj zwyczajnie brakuje pola do popisu. Tej mamiącej widza ślamazarności, pod którą skrywa się skończony skurczybyk. Nawiązania filmowe są głównie z katalogu wytwórni Warner Bros. – i choć wspomina się o innych „kosmicznych” filmach, nie uświadczymy ich tutaj wizualnie. Cóż, korporacje i prawa autorskie w tym świecie to grube miliony, a wytwórnia nie chciała promować innych tytułów. Wydaje się również, że postać i-R0ka, grana przez T.J. Millera to kolejna ofiara ruchu #MeToo. Aktor posądzony został jakiś czas temu o molestowanie i jedyne, co po nim zostało w filmie, to wirtualny postać – jego odpowiednika w rzeczywistości nie uświadczymy. Na szczęście nie usunięto go w ogóle, bo jego bohater ma najlepsze, najzabawniejsze dialogi w całej produkcji. Na koniec przesłanie – o tym, że nie warto opuszczać prawdziwego świata, jest on przecież ważniejszy od cyfrowej mrzonki – wcale nie mnie przekonało. Brzmi raczej fałszywie ze strony obrazu, który jest tak piękny, że miałem ochotę zakrzyknąć „podłączcie mnie do tego Matrixa!”

Ocena: 6/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: