Happy End

happy_end_-_michael_haneke

Happy End

reż. Michael Haneke (Austria, Francja, Niemcy 2017)

Tylko najwięksi laicy mogą spodziewać się po obrazie zatytułowanym Happy End łatwego i przyjemnego filmu z pozytywnym zakończeniem. Choć Haneke i tak zaskakuje, robiąc najlżejszą produkcję w karierze, która jest swoistym „the best of” tego reżysera. Ale nie łudźmy się – wizja starzejącego się, chorego europejskiego społeczeństwa, opanowanego przez świat ekranów, nie ma w sobie nic pozytywnego. A finałowa scena będzie śmiechem, który ugrzęźnie nam w gardle.

Otwierające sekwencje narzucą ton filmu. Pionowy ekran komórki wyznacza ciasne kadry sceny. Ktoś obserwuje kobietę, która wykonuje wieczorną toaletę. Tekst, który ktoś dopisuje na ekranie, doskonale przewiduje każdy jej krok. Potem jest chomik, którego właścicielka postanawia naszpikować tymi samymi lekami antydepresyjnymi, które bierze jej matka. Zwierzę po chwili przestaje reagować na cokolwiek. Kiedy w kolejnym ujęciu kadr ekranu wypełnia w końcu całą ramę, zobaczymy plac budowy. Ale to też nie zwykły punkt widzenia obiektywu – po chwili zauważamy, że to widok z kamery przemysłowej. Nie miną dwie minuty, kiedy jedna ze betonowych ścian powstającej konstrukcji runie, a z nią stojące na obrzeżu przenośne toalety. Głos zza kadru podsumuje to zdarzenie jednym słowem: „Merde”.

happy_end_02

Obserwatorką zza komórki okaże się dwunastoletnia dziewczynka, Ève (Fantine Harduin), podpatrująca żyjącą na lekach matkę. Funkcjonująca niczym zombie kobieta trafia w końcu do szpitala. Nie ostatni raz, kiedy coś złego, dramatycznego lub brutalnego dzieje się na otaczających bohaterów cyfrowych ekranach. Natomiast katastrofa budowlana ma znaczenie dosłowne i symboliczne. To pierwsze jest odpowiedzialnością rodzinnej spółki Laurent, która powstały bałagan będzie musiała posprzątać, a rannego w wypadku pracownika odpowiednio wynagrodzić. Druga pokazuje kruszące się fundamenty firmy, a także całej Europy. Mimo, iż nie stwierdzono żadnych wad, coś z wykonaniem było nie tak. Rodzina Laurentów, którzy są bohaterami Happy Endu, służy jako świetne pars-pro-toto naszych problemów na starym kontynencie. Wielopokoleniowy klan ma niejeden skrywany sekret, choć pozornie wszystko wygląda normalnie.

Ève trafi pod opiekę swojego taty, który po rozwodzie założył nową rodzinę i kolejny raz został ojcem. Thomas (Mathieu Kassowitz) jest szanowanym lekarzem, który razem z żoną, oraz siostrą Anne (Isabelle Huppert), jej synem Pierrem (Franz Rogowski) i nestorem rodu – osiemdziesięciopięcioletnim Georgem (Jean-Louis Trintignant) – mieszkają w starej, luksusowej willi w Calais. Jak na zamożną burżuazję przystało, Laurentowie mają służbę: pochodzące z Maroka małżeństwo, które mieszka tam razem z córką. Ève dość szybko łapie dziwną wieź ze swoim dziadkiem. Mężczyzna intuicyjnie wyczuwa we wnuczce pewną melancholię, smutek i mrok. W tym tandemie łączą się wątki z dwóch filmów reżysera: Białej wstążki i Miłości. Trintignant nie tylko wystąpił w tym drugim tytule (gdzie, nota bene, córkę również grała Huppert) – Georges skrywa sekret z przeszłości, który postanawia wyjawić właśnie dziewczynce. Być może okaże się ona partnerem do wykonania jego planu.

happy_end_01

Staruszek wydaje się jedyną osobą, która pragnie jakiejś zmiany, dostrzega kres pewnej epoki. Anne, która zarządza firmą, trzyma ją żelazną ręką, dzięki inwestycjom zapewniając stabilność finansową rodzinie na najbliższe lata. Jej syn ma poczucie, że jest przegrany i nie nadaje się do roli, która mogłaby mu przypaść w przyszłości. Od bycia poważnym i rozsądnym woli nadużywanie alkoholu i wygłupy w barze z karaoke. Sekwencja, kiedy tańczy i śpiewa, kończy się żenująco. A kiedy Pierre sam podejmuje decyzje – a dzieję się tak dwukrotnie – za każdym razem czeka go fizyczna kara. Jest jeszcze wątek pisanych przez komunikator internetowy wiadomości. Pełna mrocznych perwersji wymiana zdań między kochankami nie jest przeznaczona dla żadnej innej osoby. Tym bardziej zaszokuje widzów to, w czyje ręce one trafiły.

Ulokowanie akcji w Calais aż prosiło się, by z fali uchodźców z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki, zalewających Europę, uczynić ważny wątek. I Haneke tak robi, ale po swojemu. Niby wspomina o służących Laurentów, gdy Pierre robi scenę w czasie dwóch przyjęć rodzinnych. Raz gdzieś przemykają szybko przez kadr. Ale tak naprawdę są tym elementem „ukrytym” (by odwołać się do innego filmy reżysera), o którym w Europie ciągle nie potrafimy konstruktywnie rozmawiać, ignorując go. Prędzej czy później dojdzie on do głosu.

5a848682b5714-image

Oglądanie Happy Endu, złożonego z typowych dla Haneke długich, pięknie skomponowanych ujęć, jest nieustannym oczekiwaniem na to, co zdarzy się za chwilę. Być może satysfakcja nie jest natychmiastowa, bo autor nie gra na emocjach widza tak ostentacyjnie jak choćby Ruben Östlund w The Square, ale opłaca się zainwestować w niego czas. Jest to też film, który przekona najbardziej miłośników reżysera, bo włożył on w tą produkcję najwięcej autotematycznych odwołań. Nie mniej wniosek jest jeden. Happy End trzeba zobaczyć. I dać mu w sobie dojrzeć.

Ocena: 9/10

Film miał premierę podczas 70. Festiwalu Filmowego w Cannes 2017.

W kinach w Polsce od 16 marca 2018. Dystrybucja – Gutek Film

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: