#Cannes2016 – The Last Face

Javier Bardem i Charlize Theron w The Last Face

The Last Face

reż. Sean Penn

Kiedy projekcja filmu rozpoczyna się od gromkiego wybuchu śmiechu, zanim zostanie zaprezentowana pierwsza scena, nie wróży to najlepiej. Pretensjonalne wprowadzenie do tej historii miłosnej dziejącej się w targanej wewnętrznymi konfliktami Afryce, wśród pracowników organizacji humanitarnych, nie było najgorszym elementem produkcji. Od pierwszych scen, przez piętrzące się kiczowate momenty, na które sala reagowała głośnym rechotem, po finał, na którym dziennikarze nagrodzili film Seana Penna buczeniem, wiedzieliśmy, że oto obejrzeliśmy najgorszy tytuł festiwalu w Cannes. Duchy z Personal Shopper i kanibale z The Neon Demon poszły w niepamięć – ignorancja i toporność Hollywood okazała się gorsza od artystycznych wizji europejskich twórców.

„Jak zostawić po sobie ślad? Jak ocalić świat?” – pyta retorycznie Wren Petersen (Charlize Theron), córka założyciela organizacji pozarządowej, wzorowanej na Lekarzach bez granic, która próbuje podążać śladami ojca. Wykłady, spotkania z urzędnikami, konferencje – wydaje się, że ciężka praca kobiety nie robi takiej różnicy, jak powinna – konflikty trwają dalej, niewinni ludzie giną. Dopiero kiedy podczas jednego z wyjazdów przyjdzie jej zakasać rękawy, czyli robić użytek ze swojego wykształcenia i zacznie pracować jako lekarka, poczuje różnicę. W dodatku pozna przystojnego Hiszpana, doktora Miguela Leona (Javier Bardem), z którym rozpocznie namiętny romans.

Rozumiem doskonale, dlaczego Sean Penn chciał zrobić taki film. Wrażliwy na społeczne skutki konfliktów zbrojnych w Afryce, nieobojętny na starania pozarządowych organizacji, niosących pomoc w tym regionie, postanowił poruszyć serca widzów. A co lepiej przemawia do tłumu, jeżeli nie historia miłosna. Było już Pożegnanie z Afryką, więc chyba wymarzył sobie coś w ten deseń. Jako że pracował z Terrencem Malickiem (w Drzewie życia), wiedział też, jak film ma wyglądać. I co mu z tego wyszło? Mały koszmar, w którym nic nie wydaje się być na właściwym miejscu: ton opowieści kładzie nacisk na niewłaściwe punkty, aktorzy grają karykatury samych siebie, zdjęcia sprawiają wrażenie taniego teledysku, a Afryka staje się tylko tłem dla melodramatycznej opowiastki. Jest to niestety typowy przykład tego, jak Hollywood postrzega świat, który istnieje poza ich podwórkiem. Skoro jest wojna, muszą być strzały, wybuchy i krwawiące dzieci, które nie zawsze można uratować. Skoro jest romans, musi być cierpienie, nieznośne szeptanie pod nosem (rozmowy Wren i Miguela są trudno słyszalne), pasja, namiętność i zdrada. Może gdyby Penn zawierzył odrobinę aktorom i widowni, pozbywając się nieznośnych monologów zza kadru, które wszystko wyjaśniają, byłby to lepszy film. A tak jest kawa na ławę, bez owijania w bawełnę, ale też bez większej logiki.

Charlize Theron i Javier Bardem w The Last Face

Zobacz również: From The Land of the Moon – recenzja z #Cannes2016

Najbardziej pretensjonalna jednak jest strona wizualna: długie ujęcia w zwolnionym tempie, zainspirowane Malickiem zbliżenia natury, obraz z dużą głębią ostrości i rozmytymi obrzeżami, niczym z darmowego filtru na Instagramie. Czasem mamy wrażenie obcowania z teledyskiem z lat 90., który ma zaapelować do naszych kieszeni o wsparcie dla głodnych dzieci. Jest w tym uładzonym, reklamowym sposobie kręcenia coś amoralnego, nieznośnie protekcjonalnego. Nie znaczy to, że Penn nie umie pokazywać dramatu ludzi w Afryce. Krwawe ujęcia scen operacji, cesarka w środku dżungli – efekty brutalnych konfliktów w Sierra Leone czy Liberii są naprawdę przerażające. Tylko wygląda na dołożony z zupełnie innego filmu.

Pochodząca z RPA Theron mówi z ciężkim akcentem południowoafrykańskim, jak to zachodni świat nie potrafi zareagować na krzywdy dziejące się na kontynencie. W usta Bardema Penn włożył dramatyczne wyznanie, że Afrykańczycy zasługują na to, by przetrwać. Silące się na mądrości rodem z prozy Paolo Coelho trudno traktować poważnie, a taki chyba miał być zamysł tego filmu. Drugi plan składa się również z białych aktorów (Jean Reno jako doktor Love, Adèle Exarchopoulos jao była kochanka Miguela), którzy nie ma nic sensownego do powiedzenia. Bez żadnej afrykańskiej postaci, a konfliktem jako tłem, zamieszenia twórców wybrzmiewają fałszywie. Obawiam się, że The Last Face spotka marny lost podobnych produkcji innej aktywistki z Hollywood – Angeliny Jolie. Zamiast oczekiwanego szerokiego rozgłosu zostanie filmem, którego nikt nie chce oglądać.

Ocena: 1/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: