Fantastyczna Czwórka

Fantastic-Four-02

Tornado superbohaterów przetaczających się przez ekrany kin nie zwalnia tego lata tempa. A “Fantastyczna Czwórka”, która miała być kolejnym hitem podbijającym serca i portfele fanów, jest na językach z zupełnie innych powodów. Rozczarowujący wynik finansowy w pierwszy weekend w USA, krytyka publiczności, miażdżące recenzje prasy, plotki o mocnej ingerencji studia w finalny produkt, reżyser tłumaczący się na Twitterze… Ta niezaplanowana pewnie kampania reklamowa może tylko pomóc filmowi, który niestety nie może bronić się tylko i wyłącznie jakością.

Wyreżyserowany przez Josha Tranka (“Kronika”) obraz oparty jest luźno na komiksie Marvela z 1961 roku. Reed Richards (Miles Teller), błyskotliwy młody naukowiec, zostaje zwerbowany przez Instytut Baxtera, gdzie trwają badania możliwości podróży pomiędzy wymiarami. Grupą naukowców opiekuje się Dr Franklin Storm (Reg E. Cathey), a są wśród nich młody gniewny geniusz Victor von Doom (Toby Kebbell), intelektualistka Sue Storm (Kate Mara) oraz niepokorny Johnny Storm (Michael B. Jordan). Do prac na ostatnim etapie dołącza też Ben Grimm (Jamie Bell), wierny przyjaciel Reeda. Wszystko idzie nie tak podczas pierwszej próby podróży na nieprzyjazną planetę Zero, która miała się stać nowym źródłem energii dla Ziemi. Victor ginie w oparach zielonej mazi, Johnny staje w płomieniach, Ben zostaje zasypany głazami. Także Reed i Sue, która została na miejscu, dostają się pod wpływ promieniowania z równoległego świata. Cała czwórka zaczyna przejawiać niecodzienne zdolności.

Od samego początku widać, że Tranka interesują najbardziej postacie – młodzi, dorastający ciągle bohaterowie, którym przytrafia się coś nadnaturalnego. O ile trop ten zadziałał w “Kronice”, to w “Fantastycznej Czwórce” dostajemy tylko jego niewielką część. Przyjaźń między Reedem a Benem wygrana jest chyba najmocniej, ale kiedy ten drugi przeistacza się w Rzecz, zostają tylko ochłapy. Podobnie dzieje się z trójkątem Sue, Reed oraz zazdrosnym Victorem – chwilowo jest napięcie, jest ciekawie, ale zaraz po przemianie cała chemia zostaje zapomniana. Motyw nadopiekuńczego ojca, powtarzany do znudzenia przez Dr. Storma, także jest trochę ograny. Zresztą który ojciec pozwoliłby swoim dzieciom wziąć udział w tak niebezpiecznym eksperymencie?

Te dwuwymiarowe postacie nie są jednak największym problemem filmu, bo po dobrze naoliwionym kinie akcji trudno oczekiwać głębi psychologicznej Bergmana i siłą rzeczy trzeba szukać uproszczeń. Jestem w stanie wybaczyć też jakieś nielogiczności w scenariuszu, bo przecież nie mamy do czynienia z kinem realizmu społecznego. Przymknę oko na to, że przemieniony Reed uciekł nagi i osłabiony z laboratorium, oraz że nie mając grosza przy duszy zdołał przebyć pół świata i zaczął ni z tego, ni z owego konstruować dla siebie kostium superbohatera. Mogę przełknąć grubymi nićmi szyte antywojenne i proekologiczne przesłanie. Ale kiedy film z rzemieślniczego punktu widzenia nie jest zrealizowany w konsekwentny sposób, kończy się przyjemność oglądania, a zaczyna męczarnia.

Siłą “Ant-Mana” czy “Avengers: Czas Ultrona” jest doskonałe wyczucie montażu i nadawanie biegowi akcji odpowiedniego tempa. W “Czwórce” zostało to zupełnie spartaczone. Film wlecze się od sceny do sceny, od ujęcia do ujęcia, czasem zbyt długo trzymając się pewnych wątków, czasem używając skrótów, których zupełnie nie rozumiem. Dr Storm pyta na przykład w jednej ze scen, gdzie są jego dzieci, otrzymując odpowiedź, że to ściśle tajne. W następnej już zostaje do nich przewieziony. Co wydarzyło się pomiędzy tymi scenami, że naukowiec przekonał wojskowych, że musi ich zobaczyć? Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Chcąc być przygodowym blockbusterem, Trank decyduje się dorzucić odrażające ujęcia rodem z cielesnego kina Cronenberga, naruszając niepotrzebnie spójność gatunkową. Nie udają się zupełnie komiczne wstawki, żeby odczarować odrobinę wisielczy nastrój opowieści.

Najgorzej ze wszystkich postaci potraktowany został Dr Doom. Z jednego z największych i najstraszniejszych bohaterów Marvela ostał się zielonooki potwór w plastikowej masce fetyszysty. Pan Fantastic i jego “gumowe” ciało dziś raczej śmieszy, niż jest przedmiotem podziwu. Z gry aktorskiej Jamiego Bella i Michaela B. Jordana zostają tylko piksele, kiedy postacie przemienią się na skutek promieniowania. Inna sprawa ma się efektów specjalnych. Nie wiem, czy to przez niski budżet, czy przez zaniedbanie, film wygląda naprawdę słabo na dużym ekranie. Szczególnie w dynamicznych sekwencjach akcji detale rozmywają się i rażą sztucznością. Być może dobrze będzie to wyglądać na pięciocalowym smartfonie.

Muszę przyznać, że szedłem do kina z pozytywnym nastawieniem, że “Fantastyczna Czwórka” nie może być tak zła, jak wszyscy piszą. Wychodziłem z uczuciem rozczarowania i zmęczenia. Nie jest to może kompletna klapa, ale film, który z różnych powodów – nie będę wnikał, czy przez studio, czy reżysera – nie działa tak, jak powinien. Rozczarowani będą fani oryginalnego komiksu, bo zmian jest zbyt wiele, żeby je przełknąć bez mrugnięcia okiem. Miłośnicy kina akcji mają do wyboru lepsze propozycje – choćby “Mission Impossible: Rogue Nation”. Najbardziej żal aktorów. Młodych, utalentowanych, których zdolności zostały rozmienione na drobne. Na kontynuację filmu nie czekam. Nie wiem, kto zresztą zechce ją zobaczyć.

Oryginalna publikacja: MoviesRoom.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: