Makbet

macbeth11

Głośne buczenie, którym zakończył się pokaz prasowy „Makbeta” w reżyserii Justina Kurzela, zdawało się być niekoniecznie wyrazem niezadowolenia w stosunku do tego filmu. Narastająca od jedenastu dni frustracja tym, że w konkursie głównym przyszło nam oglądać produkcje piękne formalnie, ambitne, ale niewiele wnoszące do języka kina, znalazła ujście po sobotniej projekcji.

„Makbet” na pewno nie spełnia tych samych kryteriów, które doprowadziły do wygwizdania „Sea of Trees”, ale wydawał się być przypadkiem potwierdzającym regułę konkursu głównego. Wielkie oczekiwania zbyt często kończyły się jeszcze większymi rozczarowaniami, a nadmiar patosu przyprawiał o niezamierzone salwy śmiechu. Śmiertelnie poważny, wystylizowany do bólu, silący się na wielkość – to chyba nie taki film, jaki część widowni chciała zobaczyć na koniec festiwalu.

Kurzel („Snowtown”) osadził historię Makbeta (Michael Fassbender), generała dochodzącego do władzy po trupach i popadającego w krwawe szaleństwo, wśród zamglonych szkockich łąk i gór, w mrocznych, drewnianych komnatach i strzelistej katedrze Ely. Od pierwszego ujęcia zwłok małego chłopca, przygotowanego do rytualnego pochówku, wiemy, że śmierć będzie obficie zbierać żniwo. Otwierająca scena wielkiej bitwy to współczesne kino najwyższej klasy. Błoto, krew, zimno, strach – surowe warunki pola walki odczuwa się na własnej skórze. Slow motion, wiele ujęć kamery, świadomy montaż dźwięku nie pozostawiają wątpliwości, że to film dopracowany w każdym szczególe.

macbeth12

Wizualna strona „Makbeta” prowadzona jest pomysłowo i konsekwentnie. Do niewielu rzeczy można się tutaj przyczepić, bo skąpane w wielu odcieniach krwi zdjęcia Adama Arkapawa („Prawdziwy detektyw”) są naprawdę urzekające. Czerwień krok po kroku przejmuje władzę nad obrazem, aż w końcu pochłania cały świat, sugerując, że pozbycie się tyrana to nie koniec krwawych walk o tron Szkocji. Choć porównania do serialowej „Gry o tron” posypią się z każdej strony, warto wymienić choćby „Tron we krwi” Kurosawy jako bardziej odpowiednie odwołanie.

Ogarnięty żądzą władzy i dotknięty traumą długich bojów tytułowy bohater nie cofa się przed niczym, żeby najpierw przejąć tron, a potem utrzymać się na nim. Każdy dialog Makbeta z żoną (Marion Cotillard) to krwawe intrygi średniowiecznych Franka i Clair Underwood, mające na celu wypełnienie proroctwa wiedźm. Nowy król Szkocji to tyran na miarę Stalina, ogarnięty manią prześladowczą, eliminujący przeciwników, z każdej strony widzący „sztylet przed sobą, zwrócony ku mojej dłoni rękojeścią”. Najbrutalniejszą sceną filmu nie jest kolejne poderżnięte gardło, ale Lady Macduff (Elisabeth Debicki) z trójką dzieci płonąca na stosie, z tłumem gapiów milcząco oglądających bezlitosne widowisko.

O tym, jak do bólu męski jest to świat, niech świadczy rola Cotillard, przez wielu chwalona za minimalistyczną, zachowawczą grę. Nie mogę tymi argumentami bronić świetnej, francuskiej aktorki, bo jej postać jest najsłabsza w filmie. Nijakość i brak szerszej gamy ekspresji są dużym rozczarowaniem. Z mocnym, ale niekiedy niepotrzebnie szarżującym Fassbenderem, nie bezzasadne jest pytanie o chemię łączącą te dwie postacie. Na szczęście drugi plan jest wyśmienity, bo zarówno Paddy Considine (Banko), Sean Harris (Macduff) i Jack Reynor (Malcolm) dają z siebie wszystko.

macbeth14

Język oryginału potraktowany został z dość dużą dowolnością, co zapewne nie zachwyci szekspirowskich purystów. Kurzel bez zastanowienia wyrzucił dużą część materiału, zastępując dosłowność wymownymi obrazami. Niektóre sceny, jak choćby główna para uprawiająca seks w dzikim uniesieniu, mogą wydać się nieodpowiednim, ale bardzo odważnym posunięciem reżysera, świadomym trendów we współczesnym kinie. Dość kontrowersyjnym faktem jest mocny, szkocki akcent, w którym tekst deklamują, a właściwie mamroczą pod nosem postacie. Zapomnijcie o jakiejkolwiek znanej wam filmowej lub scenicznej adaptacji „Makbeta”, bo tutaj zasady dobrej dykcji nie istnieją. Oglądanie filmu bez napisów, nawet dla osób anglojęzycznych, jest dużym problemem, wpływającym na odbiór tytułu, a może okazać się też barierą dla dystrybutora w niektórych częściach globu.

Wciągająca, mroczna atmosfera, doskonałe walory produkcyjne, świetna obsada to gotowy przepis na arcydzieło. Część krytyków obwołała właśnie film twórcy „Snowtown” jednym z głównych kandydatów do Złotej Palmy. Mnie niestety „Makbet” bardziej zmęczył niż zachwycił. Reżyser wykreował na samym początku pewien poziom patosu i powagi, który tylko na bardzo krótką chwilę daje nam odetchnąć. Jednostajny, monotonny rytm filmu porównać można do akordu granego na gitarze w kółko przez dwie godziny. Nieważne, jak piękny jest to dźwięk, słuchanie go bez przerwy zakrawa na mały masochizm.

Oryginalna publikacja moviesroom.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: