Tron: Legacy. Tron: Dziedzictwo

Tron: Legacy
Tron: Legacy

Tron: Legacy

reż. Joseph Kosinski

USA 2010

Studio Disney’a chce być modne i na topie. W świecie filmowym oznacza to nic więcej, tylko tytuły, które są „cool” i zarabiają miliony. Jeżeli dorzucimy do tego efekt 3D, kolejne klocki układanki pasują do siebie jak ulał. Decyzję o nakręceniu sequela oryginalnego „Trona” odwlekano całą dekadę. Dwa lata temu pojawiły się pierwsze trailery i praca ruszyła pełną parą. Grono projektantów i grafików komputerowych ciężko harowało, aby stworzyć niesamowity, porażający swoją epickością, dopracowanym wyglądem świat systemu komputerowego. Czarne, smukłe kombinezony, lśniące dyski, świetlne motory. Ultra-cool-retro urzeczywistnione w jednym filmie. Tylko szkoda, że scenarzyści nie dostali kilku dodatkowych par rąk do pomocy, żeby owa magia obrazu nabrała więcej sensu.

Koncept, wokół którego powstała legenda „Tron”, czyli życie wewnątrz pamięci komputera, nadal jest pomysłem intrygującym. Odświeżono go łącząc ojca z synem. Przypomnijmy, że w filmie z 1982 roku do cyfrowego świata trafia Kevin Flynn (Jeff Bridges), obiecujący informatyk. Dwadzieścia lat później, Sam, jego równie technologicznie utalentowany syn (Garrett Hedlund), zostaje zwabiony do starej, zamkniętej arkady gier i on również zostaje przeniesiony na drugą stronę. Sam szukał ojca w realnym świecie, odnajduje go w wirtualnym. A właściwie dwóch ojców. Clu to digitalny duplikat ojca, wyglądający (dzięki efektom cyfrowym) jak Kevin w latach osiemdziesiątych. Clu rządzi światem Trona ciężką ręką, mając chyba za swojego idola Stalina. Młody Flynn musi walczyć w kolejnych, śmiertelnych pojedynkach, niczym gladiator na wirtualnej arenie. Skórę ratuje mu piękna Quorra (Olivia Wilde), która zabiera go do prawdziwego ojca. I jeżeli do tego momentu akcja pięknie gnała do przodu, to tutaj wszystko zaczyna kuleć. Wina leży w mentorskich zapędach Kevina, który wygłasza swoje mądrości, komplikując i pogłębiając cały koncept świata Tron. Wychodzi z tego dość mdłe i pseudo-intelektualne przesłanie, wywołujące w widzu odruch poszukiwania pilota, w celu przewinięcia scen mówionych. Na szczęście, poza Bridgesem, pozostali aktorzy posługują się raczej krótkimi dialogami i powyższy bełkot nie ma szans na rozwinięcie.

Niczego innego, jak doprowadzonej do perfekcji wizji cyfrowego świata, po Walt Disney Pictures nie można się było spodziewać. To najlepszy – w sensie wizualnym – film 3D od czasu „Avatara”. Z dziełem Camerona dzieli też jednak podobną słabość: scenariusz. „Tron: Legacy” stara się być nowym „Matrixem”, ale grzęźnie na mieliznach banału, potykając się o zbyt poważny ton. Wyłączmy więc mózg. Pozostaje uczta dla oka. I dla ucha. Ścieżkę dźwiękową skomponował duet Daft Punk. Muzycy pojawiają się nawet w filmie. Szkoda, że to jeden z nielicznych momentów, w którym bardzo poważni twórcy zdecydowali się na mrugnięcie do widza.

(Publikacja: Goniec Polski, grudzień 2010)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: