The A-Team. Drużyna A

The A-Team
The A-Team

The A-Team

reż. Joe Carnahan

USA 2010

Lato w pełni, podobnie sezon na filmy inspirowane latami osiemdziesiątymi, które urastają do rangi „złotego wieku kultury”. Z tej niemalże niewyczerpalnej skarbnicy archetypów do kin trafiają przeniesione na wielki ekran przygody Drużyny A, które w Polsce z wypiekami na twarzy oglądaliśmy dopiero po 1989 roku. Serial cieszył się na świecie dość dużą popularnością, wyrabiając sobie miano produktu kultowego. Ekranizacja serialu po ponad dwudziestu latach od jego zakończenia wymogła naturalnie zmianę aktorów. Ale zarówno charaktery, jak i wesołkowato-przygodowy typ akcji pozostały wierne oryginałowi.

Przesunięcie historii w czasie wymagało delikatnej zmiany akcentu. Nasi bohaterowie nie są weteranami wojny w Wietnamie, ale w Iraku. Po zakończonej służbie otrzymują do wykonania zadanie specjalne w Bagdadzie. Podczas akcji zostają zdradzeni i trafiają więzienia za przestępstwo, którego nie popełnili. Mózg i szef grupy, palący cygara Hannibal (Liam Neeson), szybko planuje ucieczkę. Podobnie reszta. Kobieciarz „Buźka” (Bradley Cooper), wykwalifikowany pilot i wariat w jednej osobie Murdock (Sharlto Copley) oraz spec od zadymy i samochodów B.A. Baracus (Quinton „Rampage” Jackson). Zadanie numer jeden: odnaleźć tych, którzy się do wsadzenia ich za kratki przyłożyli. To właściwie cała „skomplikowana” akcja, będąca szkieletem dwugodzinnego obrazu, jest główną słabością filmu. Bo jeżeli godzinny serial dwadzieścia lat temu mógł na tym się oprzeć, dwa razy tyle dwie dekady później powinno być choć odrobinę bardziej rozbudowane. Do przodu poszła realizacja i efekty specjalne, ale scenariusz zapożyczono z zakurzonego archiwum. Od strony wizualnej „The A-Team” jest rozbuchanym kinem akcji, z eksplozjami, strzelaninami i dźwiękiem atakującym nasze uszy z każdej strony. Montaż przyprawia momentami o oczopląs i nie wiadomo co i gdzie się dzieje. Jakby twórcy chcieli odwrócić naszą uwagę od dziur i braku logiki w scenariuszu. Jak na przykład wtedy, gdy spadający z wysokości czołg, wbrew prawom grawitacji może być sterowany na lewo i prawo, miotając pociski z niewiarygodną wręcz precyzją.

Do zagorzałych fanów serii oraz wielbicieli kina klasy B pewnie te zarzuty nie trafią. Nie po to przecież czekało się dwadzieścia lat, by teraz narzekać i utyskiwać na brak realizmu w historii, która z założenia była zabawą, komedią z pieprzykiem sensacyjnym, ugrzecznioną wersją „Rambo” czy „Szklanej pułapki”. W serialu krwi było przecież jak na lekarstwo, a osoby, które zginęły, można policzyć na palcach jednej ręki. Mimo wszystko wydaje się, że poprzeczkę trzeba było podnieść odrobinę wyżej. O tym, że da się zrobić ekscytujące, ciekawe i niegłupie kino akcji, przekonał nas „Hurt Locker” czy „Iron Man”. Wbrew nazwie, „Drużyna A” nie prezentuje pierwszej jakości.

(Publikacja: Goniec Polski, lipiec 2010)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: