Somewhere. Między miejscami

Somewhere
Somewhere

Somewhere

reż. Sofia Coppola

USA 2010

Pokoje hotelowe to dziwne i obce miejsca. Schronienie dla podróżnych, które jednak nigdy nie będzie prawdziwym domem. Jest jednak grupa ludzi, którzy potrafią do nich przywyknąć. Sofia Coppola twierdzi, że są to filmowcy. Bazuje na własnym doświadczeniu. W młodości spędzała mnóstwo czasu w hotelach, czekając na nieobecnego ojca – sławnego Francisa Forda – który ciężko pracował na planach swoich kolejnych filmów. Nie dziwi zatem, że ową pustkę i samotność pokojów hotelowych, które stają się domami dla wędrowców filmowych, przenosi do swoich scenariuszy. Jak wielką rolę odegrały japońskie, pięciogwiazdkowe hotele i ich dopracowane, piękne, ale smutne wnętrza w „Lost In Translation”, nie muszę chyba przypominać. „Somewhere” to film dziejący się właśnie „gdzieś” – poza określonym miejscem, w strefie pośredniej, w momencie oczekiwania.

Johnny Macro (Stephen Dorff) to rozwiedziony trzydziestolatek, gwiazda Hollywood, hedonista znudzony codziennością. Mieszka w Cheateau Mormont przy Sunset Blvd. Ten hotel to siedziba aktorskiej bohemy, takich ludzi jak Johnny, których stać na willę z basenem, ale trochę nie ma sensu jej kupować. Obsługa hotelowa załatwi co trzeba, z jedzeniem włącznie. Są imprezy, alkohol, narkotyki i kobiety. Potem gra się w takim czy innym filmie. Życie naszego bohatera zakrawa na rutynę. To zmienia się, kiedy do jego świata trafia Cleo (Elle Fanning). Jedenastoletnia córka Johnny’ego z rozpadającego się związku wnosi nową jakość. Bliskość i uczucie, które do tej pory były nieobecne. Marco po raz pierwszy od jakiegoś czasu może z kimś długo i bez skrępowania rozmawiać albo pomilczeć. Może też po raz pierwszy poczuć się ojcem. Zabiera córkę ze sobą w podróże do kolejnych miejsc. Może z nią nie tylko oswajać zimną sterylność pokojów hotelowych. Przede wszystkim mogą przeżywać wspólnie kolejne wydarzenia. Czy będzie to komiczna gala rozdania nagród we Włoszech, czy też leniwe opalanie się na basenowym leżaku.

Ta historia o dojrzewaniu emocjonalnym jest mocno zakorzeniona w kinie europejskim. Sofia, która od lat mieszka w Paryżu, chciała chyba nakręcić film, który byłby hołdem dla kina francuskiego. Konsekwentnie operuje więc niewielką ilością słów, minimalnym ruchem kamery i statyczną akcją. Jednak, w odróżnieniu od wielu filmów Nowej Fali, brakuje w tym wszystkim emocji. Choćby takich, jak w „Lost In Translation”. Dorff nie jest w stanie przeciągnąć widza na swoją stronę, oswoić go. Jego twarz pozostaje nieprzenikniona. Błogosławieństwem jest jego młodsza partnerka na ekranie, która zdradza ogromny talent aktorski.

Sofia odrobiła być może formalną lekcję z historii kina, ale zapominała o uczuciach. W wyniku tego niedopatrzenia ciekawy z założenia film przeradza się w odrobinę pretensjonalne, nudnawe i puste ćwiczenie.

(Publikacja: Goniec Polski, grudzień 2010)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: