Get Him to the Greek. Idol z piekła rodem

Get Him to the Greek
Get Him to the Greek

Get Him to the Greek

reż. Nicholas Stroller

USA 2010

Filmy traktujące o hulaszczym życiu gwiazd mogą być irytujące. Prędzej czy później ktoś będzie tłumaczył, że tak postępować nie należy, bo to przecież do niczego dobrego nie prowadzi. Nawet dzisiejsi celebryci z okładek kolorowych gazet wzięli to sobie do serca i taka Amy Whinehouse pozostaje jednorożcem w temacie „wieczorne życie gwiazd”. Dziś dominuje raczej promocja zdrowej diety czy adopcja dziecka z czarnego lądu niż telewizor wyrzucony przez okno pokoju hotelowego. Zabawę w starym stylu preferuje Aldous Snow (Russel Brand), ostatnia prawdziwa gwiazda rocka. Wtórując piosence rzeczonej Amy, muzyk postanowił spróbować odwyku, ale skończyło się jak zwykle. Czy wiecznie imprezującego uda się namówić na poważną rzecz?

Przed takim zadaniem staje misiowaty Aaron Green (znany z „Superbad” Jonah Hill). Szef wytwórni płytowej Sergio Roma (Sean Combs, znany wcześniej jako Puff Daddy albo P. Diddy, jedna z najzabawniejszych ról w filmie) wysyła go do Londynu, aby owego Aldousa sprowadził do Los Angeles na występ w sali koncertowej „Greek”. Na zadanie ma tylko trzy dni. I trzy noce. Ten właśnie czas poświęcamy na głębsze poznanie głównych bohaterów, którzy nieoczekiwanie stają się kumplami. Aaron to spokojny i niezwykle sympatyczny, choć odrobinę fajtłapowaty chłopiec, który o imprezowym życiu więcej słyszał niż z niego korzystał. A Snow to w tym temacie ekspert. Jego kariera zaliczyła przejażdżkę rollercoasterem, bo z pozycji mesjasza współczesnej muzyki pop (niczym Bono), głoszącego pokój na świecie i wsparcie dla krajów trzeciego świata, spadł do funkcji nadwornego balangowicza JKM. O tym Green przekona się na własnej skórze. Trzy dni picia, palenia, wciągania nosem i połykania wszystkiego co możliwe, połączone z rozwiązłością seksualną okażą się dla Aarona niemal zabójcze. W dodatku zadanie, przed jakim stoi, wydaje się coraz trudniejsze do zrealizowania.

Na szczęście imprezowanie nie jest w tym filmie celem samym w sobie i wiele ciepła dodaje mu relacja między bohaterami. Brand wyśmienicie oddał przerysowanego, zapatrzonego w siebie gwiazdora o rozbuchanym ego, który potrafi także – na chwilę, ale jednak – zapomnieć o samym sobie. Hill, którego bohater nie tylko nie potrafi poradzić sobie z szalejącym Aldousem, ale też ze swoim związkiem, jest niezwykle sugestywny i trudno go nie lubić. Panowie balangują bez opamiętania, co na myśl przywodzi komedię „Hangover” i można spokojnie mówić o kolejnej produkcji gloryfikującej męską przyjaźń – tzw. bromance. Dość zabawny film traci odrobinę zapędzając się w mroczne zakamarki i próbę „naprawienia” wizerunku Snowa. To zupełnie niepotrzebne. Przecież takie jak on upadłe gwiazdy lubimy najbardziej.

(Publikacja: Goniec Polski, czerwiec 2010)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: