Bazyl. Człowiek z kulą w głowie

Micmacs
Micmacs

Micmacs

reż. Jean-Pierre Jeunet

Francja 2009

„Zemsta, zemsta, zemsta na wroga!” cisną się na usta słowa Konrada z III części „Dziadów”, kiedy przychodzi do opisania działań głównego bohatera filmu. Bazil nie jest może nękanym przez duchy bojownikiem o wolność narodu, ale jego powody są równie ważne. Ten pracownik sklepu z filmami video zostaje postrzelony zabłąkaną kulą, która o mały włos pozbawia go życia. Pocisk utknął w głowie, a Bazil traci pracę i ląduje na ulicy. Kilkanaście lat wcześniej jego ojciec zginął od wybuchu miny. To o dwa przypadki za wiele. Bohater postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i wytacza dwóm konkurencyjnym koncernom zbrojeniowym wojnę. Nie robi tego sam. Nieocenioną pomocą jest zdziwaczała rodzina mieszkająca na złomowisku. I każdy z jej członków ma niezbędne do wykonania zadania umiejętności.

Fabuła brzmi poważnie, niczym kolejny film przeciwko wojnie czy handlu broniom, ale to zmyłka. Wszyscy fani Jeuneta, twórcy „Amelie” i „Miasta zagubionych dzieci” wiedzą, że spodziewać możemy się nie lada zabawy. Choć kule są prawdziwe, a zagrożenie jak najbardziej realne, postacie w tym świecie są niczym wycięte z kolorowego komiksu. Reżyser, po odrobinę zbyt poważnych „Bardzo długich zaręczynach”, wrócił do bliskiej mu mieszanki szalonych charakterów i szarżującej akcji. Na pierwszym planie Danny Boon, najpopularniejszy aktor francuski, który w swej roli odwołuje się do najlepszych tradycji kina niemego. Tak pewnie dziś graliby Charlie Chaplin albo Buster Keaton. W tle barwna grupa bohaterów na złomowisku i reżyser, który bawi się jego zawartością, niczym zegarmistrz nakręcanym na sprężynę budzikiem. Postmodernistyczna zabawa trwa w najlepsze, kiedy natykamy się odwołania do kolejnych filmów („Mission: Impossible”, „Siedmiu samurajów”), albo słyszymy muzykę Maxa Steinera z klasyków kina z lat czterdziestych. Wykonywaną przez orkiestrę pojawiającą się w tle, zacierając granice pomiędzy rzeczywistością, a wymysłem bohatera.

Z artystami bywa podobnie jak z rodzicami. Swoje najmłodsze dziecko kochają najbardziej. W takim tonie wypowiada się też Jenuet tym filmie – że to produkcja najlepsza w jego dorobku. Ten obdarzony niezwykłą wyobraźnią, oraz charakterystycznym stylem twórca nie ma zbyt wielu obrazów w dorobku. „Micmacs” na pewno jest na tyle udanym dziełem, że zatrą złe wrażenie zostawione przez „Alien 4” czy mieszany odbiór, z którym spotkały się „Bardzo długie zaręczyny”. Trudniej jednak będzie dorównać kultowemu „Delikatessen”, a przede wszystkim kochanej bezgranicznie „Amelie”. Przy całym szacunku dla talentu Dannego Boona, nie ma on magnetyzującego czaru Audrey Tautou. Sam reżyser znów nie mógł powstrzymać się od piętrzących się odwołań i cytatów, zamiast pozwolić fabule płynąć. W tym przypadku nadmiar skończył się przesytem.

(Publikacja: Goniec Polski, luty 2010)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: