Sherlock Holmes

Sherlock Holmes
Sherlock Holmes

Powołanie do życia na ekranie tak ikonicznej postaci jak Holmes zawsze przynosi dużo dyskusji. Komentarze zaczęły się jeszcze zanim praca na planie padł pierwszy klaps. Guy Ritchie nie wyreżyserował przecież dobrego filmu od dziesięciu lat. Krytycy kręcili nosami na obsadzanie Amerykanina w roli rdzennego Brytyjczyka. I obawa największa: Sherlock nie będzie nosił typowej czapki – jeleniówki, ani dumał z fajką Meerschaum Calabash w zębach. Nawet studio filmowe do ostatniej chwili wahało się, czy nie zatrudnić Brada Pitta do roli głównego szwarc charakteru, by zapewnić sobie kasowy sukces. Obyło się bez tego, a gotowy produkt to nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Na najlepsze filmowi wyszła obsada. Robert Downey Jr znalazł chyba dla siebie odpowiednie miejsce. Filmy wysokobudżetowe, przeznaczone dla masowej publiczności, w których gra główną postać walczącą ze złem („Iron Man”), przyprawioną szczyptą ironicznego humoru i dystansu do siebie. Jego Sherlock niewiele ma wspólnego z oryginałem Conan Doyle’a – to dandys skrojony na miarę naszych czasów. Ekscentryczny, rozkojarzony, ale gdy trzeba – zwarty i gotowy, by rozwikłać kolejną zagadkę. Ma niewyparzony język i pięści, których nie waha się użyć. Jego doskonałym dopełnieniem, partnerem na dobre i na złe jest Watson. Jude Law również pasuje do roli jak ulał: schowany odrobinę za plecami swojego przyjaciela, ale wcale nie gra drugich skrzypiec. Jego umiejętności i wiedza przydają się, gdy pomysły Holmesa się wyczerpują. Razem tworzą bardzo udaną… parę, a podtekst homoseksualny ich znajomości jest wyraźnie zasugerowany, choć każdy z panów ma swoją kobietę. Watson ma niedługo zmienić stan cywilny, a detektyw spotyka ponownie Irene Adler (Rachel McAdams), jedyną kobietę, która zdołała go kiedykolwiek okiełznać. Obie kobiece postacie niestety tylko epizodycznie pojawiają się na ekranie, i tu przechodzimy do słabych stron filmu.

„Holmes” to jedna z tych produkcji, którą wyreżyserować mógłby każdy, a nazwisko Ritchie w tym przypadku to zwykły lep na muchy. Gdyby nie scena bokserskiej walki, pewnie nikt nie powiedziałby, że to obraz spod ręki byłego męża Madonny. Drugi problem to scenariusz, który jest zwyczajnie słaby. Po ekscytującym początku przychodzi mizernie rozwijająca się intryga z czarną magią i masońskim kultem, którego przywódca, Lord Blackwood (wyśmienity Mark Strong), ma zamiar ustanowić nowy porządek. Na szczęście w tle jest wiktoriański Londyn z końca XIX wieku i  będący w trakcie budowy London Bridge. I proszę mi wierzyć, jest na co popatrzeć.

Jeżeli film zarobi odpowiednie pieniądze, to doczekamy się kolejnej, miejmy nadzieje lepszej produkcji z Holmesem i Watsonem. Te postacie po prostu zasługują na drugą szansę.

(Publikacja: Goniec Polski, styczeń 2010)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: