Bękarty wojny

Inglorious Basterds
Inglorious Basterds

W czasach wielkich, rozdymanych przez niesamowite budżety produkcji filmowych, które nierzadko wylatują z głowy tuż po zapaleniu świateł na sali, kino autorskie wydaje się nie istnieć. Oczywiście, gra się takie produkcje w mniejszych kinach, na mniejszych salach, promując za odpowiednio mniejsze kwoty. Na szczęście są jeszcze twórcy, których nazwisko jest wystarczającym magnesem dla kinomana i samonapędzającym się mechanizmem promocyjnym. Quentin Tarantino przeszedł do historii dzięki wybitnemu „Pulp Fiction”. Jego „papka” zmieniła na zawsze kino, a jego wyznawcy czekają na kolejne produkcje, które a nuż znów powalą na kolana. Kiedy w ubiegłym roku pojawiła się wiadomość, że Tarantino zabrał się do pracy i tworzy nową wersję włoskiego filmu wojennego z lat siedemdziesiątych, świat odetchnął z ulgą. Mistrz żyje, mistrz znów tworzy, i znów nas zachwyci. Bo jak ma nas nie zachwycać, skoro to Tarantino! W dodatku jest też i Brad Pitt, a cała rzecz traktuje o zabijaniu hitlerowców przez Żydów amerykańskiego pochodzenia. Będzie brutalnie, ironicznie, z mnóstwem nawiązań do historii kina. I jak jest?

Zacznijmy może od tego, czego w filmie nie ma. Historia potraktowana jest po macoszemu, właściwie zgadza się tylko, że była wojna. To nie jest żaden zarzut, bo przecież w świecie Tarantino wszystko jest umowne. Nie ma za dużo tytułowych „Bękartów” i Brada Pitta – może to i lepiej, bo jego przerysowana wersja Clarka Gable wygląda marnie. Nie ma tego, co było znakiem firmowym reżysera – przemocy – w takich ilościach, do jakich zdołaliśmy się przyzwyczaić. Czym została zastąpiona? Dużą ilością gadaniny, momentami irytującej, trudnej do zrozumienia przez obce akcenty. Genialnie wypadł Christoph Waltz jako przerażający czarny charakter – pułkownik Hans Landa. Są ulubione motywy twórcy: fetysz stóp, zabawy z linią czasową (pięć części ułożonych niechronologicznie), doskonała ścieżka dźwiękowa. Niestety, całość jest odrobinę rozwleczona, momentami nudna i nieśmieszna. Z dwóch wątków tylko jeden wypada przekonująco. Pierwszy, traktujący o tytułowej grupie żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, skalpujących nazistów na rozkaz swego dowódcy, jest filmem akcji bez akcji i skupia się na gadaninie. Druga część, o planowanym zamachu na Goebbelsa i Hitlera w paryskim kinie tchnie w ospałą całość trochę życia i napięcia.

Ciągle wrażenie robi swoboda, z jaką reżyser „Kill Billa” czerpie z nieznającej dna kopalni pomysłów, jaką jest historia kina. Od westernu, przez film noir po kino wojenne, Tarantino skacze po gatunkach z gracją baletnicy, mrugając przy okazji do widza okiem przywołując swoje wcześniejsze produkcje. Ostatnie zdanie w filmie brzmi: „To może być moje arcydzieło”. I choć tak nie jest, miło widzieć, że twórca jest ciągle w formie i może następnym razem dopnie swego.

(Publikacja: Goniec Polski, lipiec 2009)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: