Walc z Bashirem

Pogodzenie filmu dokumentalnego z animacją wydaje się być zadaniem karkołomnym. Z jednej strony mamy do czynienia z dokumentem, czyli z faktycznymi zdarzeniami i prawdziwymi osobami, z drugiej – ze światem wykreowanym bez pomocy kamery i taśmy filmowej. Połączenie obydwu światów jest trudne, ale nie niemożliwe. Udowodniły to nieliczne próby na przestrzeni lat. Watro przypomnieć choćby krótkometrażowy dokument „Ryan”, który cztery lata temu zdobył Oscara właśnie w tej kategorii. Podobne osiągnięcie być może czeka „Walc z Bashirem”. Film ten ma szanse przejść do historii nie tylko jako pierwszy pełnometrażowy animowany dokument, ale także zostać zapamiętany na dłużej jako po prostu wyśmienity film o koszmarach wojny.

Punktem wyjścia opowiadanej historii jest wspomnienie Pierwszej Wojny Libańskiej z 1982 roku. Wspomnienie, a może dokładniej mówiąc – jego brak. Ari Folman, dziś dorosły człowiek, w czasach młodości brał udział właśnie w tym konflikcie, ale teraz nic nie pamięta. Nie potrafi sobie przypomnieć, co się wtedy wydarzyło. Postanawia spotkać się ze swoimi towarzyszami broni z tamtych czasów, aby odtworzyć tamte wydarzenia. Pierwszym odniesieniem jest sen jego przyjaciela, właściwie koszmar z czasów wojny. Ari nie ma koszmarów. Czas spędzony w Libanie został zepchnięty do podświadomości, tak głęboko, że sam nie potrafi go wyłowić. Rozmowy przypominają sesje u psychoterapeuty, a obrazy powoli zaczynają się wyłaniać z otchłani zapomnienia. Pierwszym jest wizja Ariego brodzącego w nocy w morzu, w błysku eksplodujących na niebie pocisków. Po kolejnych spotkaniach pojawiają się kolejne reminiscencje. Odtworzone w animowanych klatkach wizje mają w sobie tyleż smutku i melancholii, co niezwykłego piękna. Kilka obrazów zostanie na pewno z pamięci widza. Jak choćby tytułowy walc, „tańczony” przez żołnierza, miotanego siłą pistoletu maszynowego, strzelającego na oślep pomiędzy blokami.

Film Folmana jest próbą odtworzenia konfliktu libańskiego z perspektywy przeciętnego człowieka. Reżyser robi to za pomocą animacji, ponieważ z samej wojny pozostało niewiele materiałów filmowych. Jednocześnie technika ta pozwala na przedstawienie koszmarów i marzeń sennych, czyli coś, czego nie możemy otrzymać przez zdjęcia dokumentalne. Otrzymujemy bardzo sugestywną wizję wojny i młodych ludzi, którzy brali w niej udział. „Wal z Bashirem” jest filmem o wymowie antywojennej. Bez pokazywania krwawych scen rodem z „Plutonu”, bez udziału tysięcy statystów i niemal naturalnego odtwarzania działań wojennych, jak w „Szeregowcu Rayanie”, myśl przewodnia jest taka sama. Bezsens wojny dostrzegamy dopiero po latach. W konflikty zbrojne angażowani są młodzi ludzie, którzy nie mają najczęściej pojęcia, o co chodzi. Ktoś decyduje za nich, każe im strzelać, każe im walczyć. Ktoś każe im umierać. Film unika łatwych odpowiedzi i nie zrzuca odpowiedzialności za to, co wydarzyło się na wojnie, na kogoś innego. Pokazuje też jak bardzo ci młodzi ludzie zostali przez wojnę ukarani. I że zostanie ona z nimi na długie lata.

Krytycy i dziennikarze są zgodni. Po owacji i gorącym przyjęciu na festiwalu w Cannes, najważniejszym wydarzeniu filmowym na świecie, w lutym przyszłego roku przyjdzie pora na Oscary. I są duże szanse, że Ari Folman zakończy uroczystość ze złotą statuetką w ręku.

reż. Ari Folman

Izrael, Niemcy, Francja 2008

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: