Bronson

O takich filmach mówi się już przed premierą – „kultowy”. Ekranizacja historii życia najbardziej niespornego, brytyjskiego więźnia Michael Petersona, który używał pseudonimu Charles Bronson, ma wszystko to, czego trzeba, by stać się nowym „Podziemnym kręgiem” albo „Trainspoting”. Jest popularny temat – życie przestępcy nie jest takie złe; jest magnetyzująca postać, w którą wcielił się genialnie Tom Hardy. „Bronson” to jednak przede wszystkim umiejętne połączenie trzech niezwykle nośnych pierwiastków: inteligencji, cynicznego poczucia humoru oraz przemocy.

O Patersonie pisały dużo brytyjskie gazety. Miał lat naście i nie zaczął się jeszcze golić, kiedy pierwszy raz zadarł z prawem. Bójki były dla niego chlebem powszednim. Trafił do więzienia na siedem lat po dość głupiej próbie obrabowania urzędu pocztowego. Jak sam wyznaje, zawsze chciał być podziwiany, a więzienie okazało się idealnym miejscem, by móc szlifować swoje umiejętności. Bronson jest bowiem artystą, a jego sztuka jest sztuką wojny. W sumie spędził w więzieniu 34 lata, z czego 30 w izolatce, nie popełniając żadnego poważnego przestępstwa. Nie zamordował, nie zgwałcił, nie molestował nikogo. Stał się utrapieniem systemu więziennego wywołując i podżegając bunty. Przebywając na wolności próbował się nawet ustatkować, ale życie i kobieta okazały się dla niego niezbyt życzliwe. Wraca do więzienia i to jest otoczenie, w którym czuje się jak ryba w wodzie.

Fabuła filmu ma znaczenie raczej szczątkowe. Oczy widzów skierowane są głównie na Bronsona, który zwraca się do nich bezpośrednio. To on, niczym teatralny demiurg, aranżuje przestrzeń swojej sceny. Zamiast pióra, farby czy gliny do tworzenia używa innego środka wyrazu – pięści. I robi to tak doskonale, że w głowie widza rodzą się pytania. Czy ten socjopata nie jest czasem wytworem chorego systemu więziennego i społeczeństwa, które nie potrafiło zaoferować mu rozwinięcia swoich talentów? A może to tylko złudzenie, bo Bronson od zawsze stworzony był do siania przemocy? Jak każdy dobry film, tak też i ten nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi.

Fascynujący portret głównego bohatera jest zbudowany na doskonałej roli Toma Hardy. Aktor nie tylko przybrał na wadze i wypracował muskularne ciało. Udało mu się przede wszystkim stopić z rolą, tworząc jedną z najbardziej charakterystycznych i kultowych postaci ostatnich lat. Bronson to nie tylko góra mięśni do bicia (od tego jest Vin Diesel), ale brutal z artystyczną osobowością. Nie tylko umiejętnie bije, ale też gra w jednoosobowym dramacie dla widzów.

Jak każde promocyjne hasło, tak i to, zapowiadające „Bronsona” – „Mechaniczna pomarańcza XXI wieku” – jest trochę na wyrost. Ale każdy fan „Urodzonych morderców” czy najlepszych filmów Guy’a Ritchie, nie powinien tej produkcji przegapić.

(Publikacja: Goniec Polski, marzec 2009)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: